Przejdź do głównej zawartości

Jak dostałam pracę w urzędzie

 W ostatnim czasie często słychać oskarżenia o nepotyzm, czy kolesiostwo, kierowane pod adresem ludzi obstawiających dobrze płatne i znaczące stanowiska w państwie. W przypadku wielkiej polityki nie specjalnie się tym interesowałam, w przypadku małej - niespecjalnie wierzyłam. Jestem z natury łatwowierna, nie oceniam, a tym bardziej nie oskarżam dopóki sama nie zobaczę czegoś na oczy. No i zobaczyłam.
Jako młode dziewczę, ledwo po studiach, postanowiłam rozejrzeć się za pracą. Ponieważ legitymowałam się dyplomem uczelni wyższej z trzema literkami bez kropki, celowałam w pracę biurową. Mieszkam w małym miasteczku, więc możliwości były ograniczone. Po wysłaniu kilkudziesięciu CV i odbyciu kilkunastu rozmów kwalifikacyjnych w oko wpadło mi ogłoszenie o naborze na stanowisko inspektora ds. dodatków mieszkaniowych w lokalnym urzędzie gminy. Złożyłam aplikację. Po dwóch dniach odebrałam telefon. Pani sekretarka cierpkim głosem oznajmiła mi, że rozmowa kwalifikacyjna odbędzie się wtedy i wtedy, tu i tu. Wystroiłam się, zaopatrzyłam w oryginały dokumentów potwierdzających kwalifikacje i popędziłam do urzędu. Na korytarzu spotkałam kilkanaście osób w podobnej sytuacji do mojej.
Rozmowy odbywały się w gabinecie zastępcy burmistrza z udziałem jego samego oraz kadrowej i były dość krótkie. Byłyśmy wywoływane według nazwisk, kilka minut i następna. Po swojej rozmowie potrzebowałam trochę czasu, żeby zrozumieć, co się właściwie stało.
Z samej rozmowy zapamiętałam tylko jedno pytanie - co oznacza skrót kpa. Nie omieszkałam powtórzyć go innym oczekującym pod drzwiami. Po mnie wchodziła moja koleżanka, po czym razem oddaliłyśmy się w stronę słońca w pełni i mogłam w spokoju opowiedzieć jej, co mnie spotkało.
Otóż po całej rozmowie, kiedy już ściskałam rękę pana zastępcy (albo on moją, jak kto woli), zostałam zapytana, czy nie chciałabym pracować w urzędzie w ramach robót publicznych za pośrednictwem urzędu pracy. Szybko wydedukowałam, że oznacza to dla mnie ni mniej ni więcej tylko to, że stanowiska, o które się ubiegam, dzierżyć nie będę. Szybka kalkulacja - pracy potrzebuję, alternatywy nie widzę, więc potwierdzam. Ustalono, kiedy mam się stawić, po czym opuściłam biuro.
Tak stałam się pracownikiem biurowym, jednak nie pracownikiem urzędu. Decyzją ówczesnej pani sekretarz gminy miałam zastępować panią, która przebywała na urlopie macierzyńskim. Stanowisko dotyczyło wymiaru podatków i opłat lokalnych, czyli podatku od nieruchomości, rolnego i leśnego. Był to czas, kiedy, w związku z prezentem od ustawodawcy w postaci
ustawy z dnia 14 czerwca 2007 r. o zmianie ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych oraz o zmianie niektórych innych ustaw, spółdzielnie na potęgę sprzedawały mieszkania, więc nabywcy na potęgę pojawiali się w urzędzie, żeby złożyć informację podatkową o nabytym majątku. W obsługę programu i podstawowe przepisy wdrożył mnie kolega, który wypełniał to zastępstwo dotychczas. Z czasem się usamodzielniłam i przestałam po niego dzwonić przy każdym kliencie, za to zaczęłam wczytywać się w ustawy i chyba całkiem dobrze mi szło. Decyzje podatkowe oczywiście przedstawiałam do podpisu bezpośredniemu przełożonemu, jako że nie byłam pracownikiem urzędu i nie miałam pełnomocnictwa do ich podpisywania.

Właśnie pracując w podatkach dowiedziałam się, jak to było z tym naborem. Konkursy były dwa i w obu brałam udział. Pierwszy wygrała żona jakiegoś kierownika lokalnego oddziału znanego ubezpieczyciela. Popracowała kilka dni, po czym stwierdziła, że jej się nie podoba i więcej się nie pojawiła. Wówczas ogłoszono drugi konkurs, który wygrała pani, pracująca już wcześniej na tym stanowisku również w ramach robót publicznych. Musiała być nieźle zawiedziona po pierwszych wynikach :)

Komentarze