Był w naszym urzędzie burmistrz, od wielu lat ten sam. Miał już swoich pupilów, którym uchodziło więcej niż innym, miał też lepsze i gorsze humory, ot, szef jak szef. Zdarzyło się, że zaszłam w ciążę, a było to u schyłku jego ostatniej kadencji. Kiedy rozkojarzenie się nasiliło, a mdłości spowodowały, że żyłam o suchym chlebie i wodzie, zmuszona zostałam do wzięcia zwolnienia lekarskiego. Nie da się skupić nad dokumentami, kiedy brzydzi Cię każdy zapach wnoszony przez klientów i koleżanki z biura, kiedy każdy dźwięk kołacze się w głowie niczym bas w dyskotece, a na samą myśl o jedzeniu odechciewa się żyć. Kiedy leżałam już w domu błagając, żeby ktoś mnie dobił, na zwolnienie odeszła również koleżanka w już zaawansowanej ciąży. W międzyczasie nastała zmiana warty, poprzedni burmistrz odpuścił kandydowanie, w jesiennych wyborach zwyciężył nowy, dla którego była to pierwsza kadencja. Po około trzech miesiącach pracy uszczęśliwił swoich podwładnych podwyżkami, i to dość znacznymi. Koleżank...